PŁONĄCE MIASTO

ŻYWY POMNIK
1944 Warszawa / Damaszek 2014

Od 15 marca 2016 kontynuujemy nasze działania pod nazwą PRZEPISUJE TEN WIERSZ. Zapraszamy na strone www.przepisujetenwiersz.pl i Facebook

Numer konta zbiórkowego na rzecz pomocy ofiarom cywilnym konfliktu w Syrii:
BPH S.A. 32 1060 0076 0000 3310 0018 2891 koniecznie z dopiskiem "PŁONĄCE MIASTO".
Stan konta: 27 573,49zl (na dzień 26.08. br)



PŁONĄCE MIASTO

70 lat od wybuchu Powstania dla kolejnych pokoleń Polaków jest to wciąż ważna data. Wspomnienia tych sierpniowych dni - pomimo różnej oceny historycznych faktów - budzą niezmiennie wiele wzruszeń i emocji. Co roku chcemy uczcić Bohaterów i Ofiary tego niezwykłego w naszych dziejach wydarzenia. To ważna data w historii naszej drogi do wolności. To także wspomnienie cierpienia i poczucia osamotnienia. To dni zniszczenia wielu ludzkich istnień, pięknego miasta i kultury materialnej. To czas bestialstwa, cierpień i rozpaczy. Od tamtych dni minęło 7 dekad - dziś cieszymy się wolnością i pokojem. Ale niedaleko nas jest miasto, w którym giną ludzie - cywile, dzieci, kobiety. Miasto, które płonie, ginąc pod ciosami bomb. Uciekających czeka los tułacza w obozach dla uchodźców. Oni patrzą na zachód z nadzieją. Z taką samą nadzieją Polacy patrzyli na zachód, gdy odbywała się masakra na Woli. Gdy w piwnicach burzonych domów ginęły rodziny, żołdacy mordowali cywilów, zabijano bezbronnych pacjentów szpitali. Gdy w płomieniach ginęło miasto.

Dziś patrzymy na płonący Damaszek. Na Syrię, w której trwa piekło wojny. Na ludzi pragnących wolności, którym przez piekło politycznych uwikłań długo jeszcze nie będzie dany pokój. Dziś to my jesteśmy na zachodzie. To w naszą stronę patrzą oczy z Płonącego Miasta. Czy możemy zrobić coś więcej niż litować się, oburzając w kawiarnianych dyskusjach, przeglądając makabryczne zdjęcia w internecie, siedząc przed ekranami komputerów? Posiadając to samo doświadczenie - doświadczenie opuszczenia w tragicznej sytuacji - dziś możemy pomóc. Przez pamięć o ofiarach powstania w Warszawie - pomóc wygnańcom ze spalonego miasta. Wygnańcom bez dachu nad głową, bez nadziei na przyszłość, bez ojczyzny, zdrowia, rodzin, dorobku życia. Wygnańcom, którzy pragnęli wolności. Tak samo jak tej wolności pragnęli warszawiacy w sierpniowe dni w 44. Pomóżmy im przez pamięć dla Tamtych. Postawmy pomnik Powstania. Żywy pomnik. Pomnik-pomoc. Niech wszyscy, którym bliska jest pamięć tamtego Płonącego Miasta nad Wisłą w 1944 roku pomogą uchodźcom z Płonącego Miasta w 2014.

ŻYWY POMNIK

Dlaczego?
Wierzymy, że w niezwykłym pokoleniu biorącym udział w Powstaniu idea pomocy innym była głęboko zakorzeniona. Dziś z pewnością Oni byliby tam gdzie drugi człowiek potrzebuje pomocy.
Dlatego chcemy uczcić pamięć o nich, o ich cierpieniu przez pomoc tym, którzy dziś cierpią.
Dlatego chcemy, by nasze znicze ku czci przybrały formę lekarstw, żywności, wody, pomocy dla ludzi udręczonych wojną dzisiaj.

Jak to działa?
Pomnik upamiętniający wydarzenie historyczne, lub narodowego bohatera, to koszt minimum 700 tys. złotych. Mobilna klinika niosąca pomoc rannym i chorym cywilom z pełnym wyposażeniem, lekarzem i personelem medycznym na pokładzie to koszt ok.100 tys.- to pomoc 300 pacjentom tygodniowo.
Stacja pompująca wodę kosztuje 15 600 zł.
Woda dla 5-osobowej rodziny przez jeden dzień kosztuje 9 zł. 1680 L wody – tyle potrzebuje jedna rodzina przez tydzień – kosztuje 29 zł. A zatem jeden spiżowy pomnik w Polsce to bardzo, bardzo wiele dobra dla udręczonych wojną syryjskich uchodźców.

Jak go zbudować?

  • przekazując dowolną kwotę wsparcia na konto Polskiej Akcji Humanitarnej, numer konta zbiórkowego na rzecz pomocy ofiarom cywilnym konfliktu w Syrii:
    BPH S.A. 32 1060 0076 0000 3310 0018 2891 koniecznie z dopiskiem "PŁONĄCE MIASTO".
  • możesz również
  • propagując naszą ideę Żywego Pomnika (lub link) poprzez swój profil na portalach społecznościowych, polubienie naszej strony na fb lub przekazanie informacji dalej


Dlaczego teraz i dlaczego tam?
Ponieważ konflikt w Syrii – trwający już 3 rok – jest największym kryzysem humanitarnym na świecie. Za granicę uciekło już 2,5 miliona ludzi, ale aż 9 milionów Syryjczyków zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów i pozostania w obrębie objętego wojną kraju. Co najmniej połowa z nich to dzieci. Działania wojenne zniszczyły większość systemów nawadniających, magazynów i upraw. Dodatkowo w tym roku Syrię dotknęła susza, która grozi kryzysem żywnościowym na niespotykaną skalę. Warunki sanitarne i deficyt pomocy medycznej w stopniu porównywalnym z najczarniejszymi obrazami z czasów II wojny światowej, dopełniają wizji świata pogrążonego w chaosie i cierpieniu znanym nam przed 70 laty. I choć telewizyjne kamery przestały pokazywać codzienną gehennę milionów Syryjczyków – ich sytuacja nie zmieniła się ani o jotę. „Znikają” nam z radarów świadomości przesłonięci przez kolejne ważne tematy. A my coraz bardziej odwracamy głowę. Dlatego.

Co z tego wynika?
Dzisiaj na terenie Syrii pomocy uchodźcom udzielają Polacy z organizacji Caritas, PCPM i PAH. Naszym działaniem chcemy wspomóc Polską Akcję Humanitarną, która w Syrii dostarcza wodę, odbudowuje zniszczoną infrastrukturę, dowozi chleb, kosze z żywnością i przedmioty codziennego użytku oraz zapewnia opiekę medyczną, docierając do ponad 7 tysięcy osób w okolicach południowego Idleb i północnej Hamy. PAH rozpoczęła także projekt odbudowy stacji pompujących, dzięki czemu woda będzie mogła popłynąć do 7,5 tys. mieszkańców Tarmali i Saraqeb. Zgromadzone środki pomogą zakupić, wyposażyć i utrzymać w eksploatacji kolejną mobilną klinikę, niosącą pomoc 300 chorym tygodniowo. Czyny i pomoc – zamiast słów i gestów. Bandaże zamiast świeczek.

AKTUALNOŚCI

Na Festiwalu Kultur w Szczecinie organizowanym przez Związek Ukraińców w Polsce zebrano 640zł.
Pomimo ogromnych potrzeb jakie w tej chwili pojawiły się na Ukrainie, osoby w potrzebie potrafią okazać solidarność z innymi cierpiącymi. Dziękujemy!


W Szczecinie 21.08 w galerii Pod sukniami Mikołaj Jerczyński wystawa obiektów powstałych w odpowiedzi na akcje PŁONĄCE MIASTO


W Szczecinie 22.08 akcja uliczna nawiązująca do malarstwa A. Wróblewskiego


W Szczecinie 23.08 Zamek Książąt Pomorskich zbiórka pieniężna na Festiwalu Spotkania Kultur organizowanym przez Związek Ukraińców w Polsce. Ciężka sytuacjia na Ukrainie mogła by zwolnić organizatorów festiwalu od skierowania uwagi na problemy cywilnych ofiar wojny w Syrii. Jednak Oni mówią że nie można ludzkiego cierpienia dzielic na "nasze" i inne. Dziękujemy za ważny gest ludzkiej solidarności.


1 sierpnia w Warszawie harcerze z ZHR zebrali 4647,50 zl. Dziękujemy!


1 sierpnia na ulice Warszawy wyjdą harcerze z ZHR by prosić o datki dla tych co dziś cierpią w bombardowanych miastach, dla cywilnych ofiar wojny w Syrii. Trzymając w rekach puszki Polskiej Akcji Humanitarnej opowiedzą o ideii PŁONĄCEGO MIASTA, o ideii upamietnienia 70 rocznicy Powstania prez humanitarną pomoc cywilnym ofiarom wojny w Syrii.


Kluboksięgarnia Fika w Szczecinie w dniach 2-3 sierpnia dochód ze sprzedanej kawy przeznacza na nasza akcje.


Cafe Rower w Szczecinie w dniach 1-3 sierpnia 1 zł od każdej kawy przeznacza na naszą akcje. i zbiera do puszki.


W 70 rocznice Powstania Warszawskiego pamiętając o:
- cierpieniach płonącej Warszawie w 1944 roku
- cierpieniach ludności cywilnej płonących miast w Syrii

Spotkajmy się:
29.07.2014 (wtorek) godz.18:00
PLAC POWSTAŃCÓW WARSZAWY w Warszawie

Opowiemy i idei akcji PŁONĄCE MIASTO.
Udamy się dokonać wpłat na Pocztę Główną przy ul. Świętokrzyskiej 31/33
Nasz pomnik, nasze kwiaty, nasze znicze dla Warszawy z sierpnia 44 to lekarstwa, żywność, woda dla udręczonych wojną cywilów w Syrii.


Podczas festiwalu Spoiwa Kultury w Szczecinie zebrano 960 zł + 20 euro


Jedno z pierwszych działań w naszej akcji to inicjatywa Teatru Kana ze Szczecina włączenia Płonącego Miasta w Festiwal Spoiwa Kultury

O NAS / KONTAKT

Jesteśmy grupą inicjatorów akcji społecznej, mającej na celu zgromadzenie środków przeznaczonych na pomoc medyczną dla uchodźców wewnętrznych w objętej wojną domową Syrii. Nie zbieramy pieniędzy – jedynym dysponentem zgromadzonych środków jest działająca w tamtym regionie Polska Akcja Humanitarna. My rozpowszechniamy tylko ideę. Płonące miasto to projekt otwarty – im więcej osób zaangażowanych w jej propagowanie, tym piękniejszy żywy pomnik upamiętniający cywilne ofiary Powstania Warszawskiego. Każdy może się włączyć.

Pomysł na upamiętnienie 70 rocznicy Powstania Warszawskiego zrodził się podczas rozmów Romka Zańko z Aleksandrem Jackowskim i Wojciechem Bonowiczem. Pomysł podjęły kolejne osoby z różnych środowisk m.in. Piotr Klimek, Marek Adamkiewicz.

Romek Zańko (Szczecin, na co dzień prowadzi Fundację Pod Sukniami)
W mojej rodzinie tak się złożyło, że w Powstaniu najliczniej brały udział kobiety, w pokoleniu moich dziadków i młodszym doliczyć się można ich pare . Inspiracją do działania w Płonącym Mieście jest dla mnie Zofia Glińska z domu Byszewska, która sama w powstaniu nie brała udziału (na kutnowskiej wsi przyjmowała uchodźców z Warszawy), jednak, jej życiorys i postawa mocno wpisuje się w to niezwykłe pokolenie. Gorąca patriotka (pewnie na wiele spraw patrzylibyśmy inaczej) i oddana pomocy innym ziemianka, a raczej rolnik jak o sobie mówiła. W latach 30 tych prowadziła działalność społeczną wśród mieszkańców wsi kontynuując pracę swojego ojca. W czasie wojny dowódca komórki kurierów AK na granicy między Rzeszą a Gubernią we wsi Kaczkowizna. Wychowując samotnie dzieci, o śmierci męża dowiedziała się czytając katyńskie listy w hitlerowskiej gadzinówce, wyrzucona z domu, nigdy nie zaprzestała pracy dla potrzebujących. Między innymi jako "matka wojenna " wysyłała paczki do obozów jenieckich. Jej myśl o Polsce, o ziemi, o rodzinie ściśle związana była z drugim człowiekiem, człowiekiem potrzebującym. Sam patriotyzm bez widzenia potrzeby drugiego człowieka byłby niepełny, kulawy, mizerny. Dziś Ona i jej pokolenie było by tam gdzie drugi człowiek cierpi. Polska dla nich pewnie by się stawała w Afryce, Syrii, blisko, daleko, wszędzie tam gdzie ludzie cierpią. Pamięci mojej babci zaangażowanie w PM poświęcam.

Wojciech Bonowicz
jestem poetą i dziennikarzem, współpracuję z „Tygodnikiem Powszechnym”, miesięcznikiem „Znak” i TVP Kultura. Od wielu lat związany jestem z różnymi inicjatywami i działaniami społecznymi – od wspierania osób niepełnosprawnych intelektualnie po pomoc ofiarom wojny w środkowej Afryce.
Konflikt w Syrii jest trudny do zrozumienia i rozgrywa się daleko. Ale może kiedyś ktoś, patrząc na walczącą Polskę, też myślał podobnie: to konflikt, którego nie rozumiem i który rozgrywa się zbyt daleko, bym mógł cos w tej sprawie zrobić. Akcja "Płonące miasto" ma nam uświadomić, że każdy konflikt jest blisko i każde cierpienie woła o naszą pomoc. Dlatego zdecydowałem się ją poprzeć.

Marek Adamkiewicz (Szczecin, opozycjonista, wspólzałożyciel Ruchu Wolność i Pokój)
200 000 cywilnych ofiar Powstania Warszawskiego do dziś nie ma swojego pomnika. Mamy wspaniałe Muzeum Powstania Warszawskiego - pamiętamy, zawsze pamiętamy, o żołnierzach i bohaterach. To oczywiście dobrze, ale ofiary cywilne wojen, setki, tysiące ludzkich dramatów nigdy nie znajdują dość miejsca w naszej pamięci, często z tej pamięci je wypychamy. Dlatego z całkowitym przekonaniem popieram tą inicjatywę. Dla mnie ludzkie życie zawsze jest ważniejsze od śmierci - wspierajmy żywych by nie budować pomników umarłym.

Piotr Klimek (Szczecin, kompozytor, wykładowca, producent muzyczny)
Nie jestem patriotą. Jestem muzykiem. Piszę piosenki. Mój światopogląd i ideę Ojczyzny kształtował po stokroć bardziej Obywatel GC niż nauczyciele historii i słowa Roty. Moją postawę życiową o wiele celniej wyraża Maria Peszek ze swoim „sorry” niż Marek Torzewski ze swoim „do przodu”. Ojczyznę noszę w sobie, a nie na sztandarze. I nie nazywam Jej. Wierzę w Nią na mojej ulicy, widzę w moim mieście, w Człowieku obok. I jeżeli taka właśnie Ojczyzna płonie komuś innemu, to głęboko wierzę w sens niesienia mu pomocy. Stąd idea Żywego Pomnika jest mi tak bliska: zamienia pieśń żałobną w hymn wolności. A przynajmniej próbuje.
Fakt, że płonące miasto nie jest tuz zza miedzą nie ma żadnego znaczenia.
Idea przekuwania brązu i spiżu w leki i studnie ma sens w każdym geograficznym kontekście.

Akcja prowadzona jest dzięki zaangażowaniu:

Karolina Gładkiewicz (grafika)
Robert Piekarski (strona www)
Dorota Gosiewska-Adamkiewicz
Marta Glińska
Katarzyna Konieczna
Piotr Wójcik
Dominika Afelska
Andrzej Wojtasik
Szymon Dominiak-Górski

Druk:
Soft Vision Szczecin
Grafic House Szczecin
KA Druk Szczecin

WSPÓŁPRACA
ZHR
Muzeum Dulag 121

PATRONAT
Tygodnik Powszechny

Kontakt: przez Facebook lub plonacemiasto@gmail.com

przez PAH

Polska Akcja Humanitarna rozpoczęła swoją działalność w 1992 r. kiedy to Janina Ochojska zorganizowała transporty z pomocą do ogarniętej wojną byłej Jugosławii.
Od tego czasu PAH dociera w wiele miejsc na świecie ogarniętych kryzysami humanitarnymi, gdzie ludzie potrzebują pomocy z powodu konfliktów zbrojnych i klęsk żywiołowych.
PAH działa obecnie w Sudanie Południowym, Somalii i na Filipinach. Dociera również z pomocą do cywilnych ofiar wojny w Syrii - niesie pomoc dla najbardziej dotkniętych społeczności lokalnych i uchodźców wewnętrznych w północnej Syrii.
Obok PAH pomoc dla Syrii niosą Polacy z innych organizacji: Caritas prowadzi działalność z Jordanii, a PCPM z Libanu.
W naszej akcji chcemy wesprzeć działania PAH na terenie Syrii. Jednocześnie pamiętając o wszystkich którzy niosą pomoc w tej strasznej tragedii humanitarnej, wierząc że każda pomoc ma głęboki sens, namawiamy do jak najszerszego włączenia się w nią.
Po więcej informacji zapraszamy na stronę PAH
Numer konta zbiórkowego PAH na rzecz pomocy ofiarom cywilnym konfliktu w Syrii:
BPH S.A. 32 1060 0076 0000 3310 0018 2891 z dopiskiem "Płonące miasto".

Opowieści 44

Warszawa w sierpniu 1944 to nie tylko walczący żołnierze to także cywile i ich tragedia. Często ich głos jest niesłyszalny, poniższymi tekstami chcemy o nich przypomnieć.
Poniżej zamieszczamy fragmenty pamiętników Mirona Białoszewskiego, Zofii Nałkowskiej, wiersze Anny Świrszczyńskiej i po raz pierwszy publikowane wspomnienia Janusza Matyjaszkiewicza oraz wiersz, którego autorem jest Josif Brodski tlumacz R. Kołakowski


W chwili, kiedy przy kolacji
bronisz niedorzecznych racji
żal za głupstwem topiąc w wódzie -
giną ludzie.
W przecudownych starych miastach
strach w codzienny pejzaż wrasta
śniąc o ocalenia cudzie -
giną ludzie.

W wioskach, których wcale nie ma,
bo śmierć przez nie przeszła niema -
wierząc swej nadziei złudzie
giną ludzie.

Giną ludzie gdy głosujesz
za spokojem - i próbujesz
bunt sumienia zbić doktryną -
obcy giną.

W chwili, gdy rozrywki żądasz,
w telewizji mecz oglądasz,
lub się pławisz w słodkiej nudzie -
giną ludzie.

Oto nowa jest idea:
jeszcze ludzkość nie zginęła,
chociaż w Kainowym trudzie
giną ludzie.

Wielbiąc każde przykazanie,
zapis świętych praw w Koranie,
Ewangelii i Talmudzie
giną ludzie.

Wśród wyznawców każdej wiary
są mordercy i ofiary -
twe milczenie wskaże teraz
kogo wspierasz.
Josif Brodski


Ale atak szedł nie tylko po jezdni, z piechoty, czołgów, z artylerii, karabinów, granatów, miotaczy ognia, pepanców, ale – co najgorsze – z nieba. Samoloty bez przerwy teraz, wspierane tamtą resztą, stadami leciały, wracały i znów leciały, i bombardowały dom po domu, oficynę po oficynie. Chłodną. Ogrodową. Krochmalną. Leszno. Grzybowską. Łucką. Itd. Waliły i paliły. Raz krzyk:
- Do odgrzebywania zasypanych!
Zgłosiłem się. Czekamy przy bramie. Odwołują nas.
- Już poszli. Inni.
Ale zaraz znów krzyk:
- Pali się Chłodna 39! Kto do gaszenia?!
Wylatujemy. To akurat naprzeciwko. Cały dom pali się. Chyba trzypiętrowy. Wody nie ma. Jest, ale obok, z pompki, trzeba z kubełkami. Przez dziurę w murze. Jest i ziemia do gaszenia. Kobiety latają, pomagają. Upał. Płomienie. Te środki do gaszenia marne. A tu ściany już w ogniu. Na trzecim piętrze z których drzwi dym. Ale zamknięte. Walimy. Nic. Bijemy siekierami. Wpadamy. Ściana się pali. Goła ściana. Lecimy z tymi wiadrami. Po wodę. Wracamy. Lejemy. Co tu tyle znaczy. Zlatujemy.
- Ziemią! Ziemią! — krzyczą baby.
Lecimy znów. Tu samoloty. Sypią bombami. I bombkami. Zapalającymi
- Gasić bomby!
Zlatujemy. Sypiemy na bombki. Jest ich ze dwadzieścia. Ze trzydzieści. Na kupie. Na podeście. Znów tam na tym prawie trzecim piętrze. Palą się, syczą. I już załapuje od nich ogień ściana. Ziemia świetnie robi. Jednak. Sypiemy. Czy pomoże? Bo przecież to bucha i bucha. Pomaga. Ale tam już i te ściany prawe i lewe. Palą się. Lecimy na dół. Mijamy się. Dobrze, że jest nas trochę. I że te kobiety. Dają gotowe już kubły z ziemią (nie jestem pewien, czy wody nagle nie zabrakło). Podają nam przez dziurę w murze, żebyśmy nie musieli niepotrzebnie przelatywać. Donoszą do schodów. Łapiemy od nich. Wlatujemy. Pamiętam, że leciałem po tych bombkach. Że po nich deptałem. Bo nie było inaczej jak. Gasiło sieje po drodze. Już dogasające. Cała ta sterta. Ale co najlepsze: ściany w płomieniach coraz mniejszych. Nie do wiary. Za którymś sypnięciem ogień się skurczył do zaniku. Cud! I ugasiliśmy, W tym piekle. Akcja skończona. Wracamy.
Miron Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, Warszawa 2008, s. 17-18


Musieliśmy przecisnąć się przez wąskie przejście (takie wąskie przejścia między barykadą a ścianą były wszędzie dla bezpieczeństwa) przed Żelazną. I za Żelazną. Bo chyba dwie blisko siebie. Bo barykady szły gęsto. Wszędzie. I to przy Żelaznej leżeli żołnierze i strzelali z karabinów. Zwykłych. W stronę Kercelaka. Był popłoch. Uciekanie cywilów. Obrona rozpaczliwa. Wiadomości o tych paleniach, rozstrzeliwaniach szły, szły fakty, szły na nas, coraz bliżej. Lecimy raz-dwa z tymi noszami. Ja z tą sanitariuszką niosłem kobietę. Cała popielata. I na włosach. I twarz. W konwulsjach. Postrzępiona kiecka. Była przysypana. Na Chłodnej. Zaraz za nami - choć ten ktoś (mężczyzna) miał ręce, nogi grubo pobandażowane, to krew tak szła, że się lała z noszy. Co było więcej, dalej – już nie wiem. Gmach Sądów. Wpadamy do bramy, tu ludzie stoją w bramie, jacyś, różni, jedna nasza sąsiadka z Chłodnej 40. Zaczyna płakać na widok tego wszystkiego. Chyba się zaczęły płacze w ogóle, takie ze spazmami. W całej bramie. Kazali mi postawić przysypaną. Zostawić. Bo już szpital. Chyba złożyli nosze. Polecieli po następnych. A tych już zaczęli wnosić do środka.
Miron Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, Warszawa 2008, s. 20


Adamowizna, 12 VIII 44
Nadciągają wciąż nowi uchodźcy. Jest tu teraz Halinka z siostrą, obie wygnane z domu, który podpalono, odarte z pierścionków, pieniędzy, z jedną małą walizeczką. Dwie doby spędziły w strasznych warunkach w obozie w Pruszkowie, wymknęły się stamtąd podstępem. Mie wiedzą, dlaczego nie znalazł się tam stary Irzykowski, mieszkający w tym samym domu. Przyszły jeszcze dwie panie, które nocują w stodole, jedna z nich, młoda żona owego geologa, którego „zabrali”. Uciekając rzuciła po drodze walizkę z ubraniem, przyszła z małą torbą. W jednym obozie mieści się czterdzieści tysięcy osób, nie mają jedzenia, za szklankę wody płacą paręset złotych. W nocy w ciasnocie i ciemności rozlega się krzyk dziewcząt, wywlekanych przez straż. Krzyczą, a później milkną. Jedna krzyczała dłużej niż inne i dopiero wystrzał rewolweru sprawił, że umilkła.
Zofia Nałkowska. Dzienniki czasu wojny, Warszawa 1972, s. 377


Janusz Matyjaszkiewicz s. Ryszarda
ur. 11 września 1934 roku w Warszawie
adres w czasie powstania: ul. Bednarska 7 m. 55

8 sierpnia 1944
Powstanie Warszawskie - wspomnienia

Był piękny słoneczny poranek, wtorek dnia ósmego sierpnia 1944 roku. Miałem 10 lat. Mieszkałem z rodzicami i bratem Eugeniuszem przy ul. Bednarskiej 7 na czwartym piętrze w mieszkaniu nr 55. Tego dnia od rana jak co dzień od wybuchu powstania, byłem na podwórzu. Przebywanie w domu w dzień było niebezpieczne z uwagi na możliwy ostrzał naszego mieszkania z budynku Schichta stojącego do dzisiaj przy wjeździe na most Śląsko-Dąbrowski (wówczas Kierbedzia). A siedzenia w piwnicy lub u sąsiadów na niższych piętrach nie lubiłem. Od wieczora poprzedniego dnia byłem pod wrażeniem niespodziewanego pojawienia się mojego ojca, którego nie widzieliśmy od pierwszego sierpnia, kiedy wcześnie rano wyszedł do pracy nieświadomy terminu wybuchu powstania. Ojciec był szeregowym żołnierzem A.K. o ps. „Janusz” w zgrupowaniu Żaglowiec (obwód Żoliborz), i w plutonie łączności Rejonu Pierwszego był jednym z 13. telefonistów. Dnia 1. sierpnia brał udział w przeżucie broni, amunicji i sprzętu telefonicznego z ul. 6. Sierpnia 27 na ul. Krajewskiego 4. Jednym z powodów zjawienia się ojca było zabranie przechowywanego w piwnicy sprzętu telefonicznego i ukrywanego w mieszkaniu pistoletu – rzeczy bezcennej w tym czasie.
Nie pamiętam, która to mogła być dokładnie godzina, ale myślę, że ok. dziewiątej, kiedy na podwórze wkroczyło przez główną bramę kilkunastu Niemców z pistoletami gotowymi do strzału. Jeden z nich - starszy rangą wykrzyczał, że wszyscy mieszkańcy mają natychmiast zgromadzić się na podwórzu, grożąc przy tym oczywiście surowymi konsekwencjami tym, którzy tego rozkazu nie wykonają. Żadnych dodatkowych wyjaśnień nie było. W ciągu kilkunastu minut wszyscy zebrali się na podwórzu. Tym, którzy już tam byli nie pozwolono wrócić do mieszkań. Zauważyłem, że część mieszkańców schodząc na podwórze targała ze sobą to co udało im się w tak krótkim czasie zapakować i udźwignąć. Nie pamiętam, aby Niemcy mówili, że będą nas wysiedlać i czy można coś zabrać. Moja mama wzięła tylko podręczną torbę z dokumentami i osobistymi drobiazgami. Ja próbowałem wrócić do mieszkania, ale zostałem zatrzymany przez Niemców, którzy zablokowali wejścia na wszystkie klatki schodowe. Podobnie bratu i ojcu, którzy zeszli aby zobaczyć co się dzieje, nie pozwolono już wrócić na górę do mieszkania, w którym pozostała tylko nasza suczka Żabka. Pewnie wkrótce spłonęła razem z domem.
Ze strachem czekaliśmy co Niemcy z nami zrobią? Kiedy sprawdzili, że wszystkie mieszkania są puste wypędzili nas na ulicę Bednarską, gdzie kłębił się już tłum ludzi z sąsiednich domów. Stopniowo udało się im jako tako uformować ten bezładny tłum w kolumnę marszowa, która ciągnęła się od ul. Dobrej ku Krakowskiemu Przedmieściu. Po pewnym czasie, eskortowani przez Niemców, powoli ruszyliśmy. W okolicach domu pod numerem Bednarska 26, gdzie kilka lat wcześniej chodziłem do przedszkola, kolumna zatrzymała się. Jeden z Niemców wyższej rangi, kierujący tą akcją, podszedł do miejsca gdzie stała nasza rodzina i zaczął się nam bacznie przyglądać, po czym oddalił się. Ojciec mój wówczas pracownik Gazowni Warszawskiej, zatrudniony jako teletechnik w specjalności łączności, miał na głowie służbową czapkę z charakterystycznymi oznaczeniami. Czapka ta dotychczas pozwalała mu jako pracownikowi służb miejskich unikać kłopotów ze strony Niemców w różnych konfliktowych sytuacjach, np. zatrzymań po godzinie policyjnej. Myślał, że tak będzie i tym razem. I choć mamę niepokoiło, że przyciąga uwagę i nalegała by ojciec się jej pozbył, nie zrobił tego. Tymczasem ów Niemiec powrócił do miejsca gdzie staliśmy. Wzrok jego ponownie przesunął się lustrująco po ludziach i powoli jakby z namysłem skinął pistoletem na mojego ojca nakazując mu wystąpić z kolumny. Następnie podszedł jeszcze bliżej i podobnym gestem nakazał wystąpić mojemu bratu. Byliśmy przekonani, że wziął ich za ukrywających się powstańców, a ojca być może za szczególnie podejrzanego z uwagi na tę dziwną czapkę. Popatrzył jeszcze uważnie na nich po czym obu poprowadził w dół ulicy Bednarskiej gdzie zniknęli w jednej z bram. Spodziewaliśmy się, że za chwilę ich zastrzeli. Po kilkunastu minutach przerażającego oczekiwania, zobaczyliśmy obu wychodzących z bramy. Pod eskortą tego samego Niemca dźwigali fotel, na którym siedziała sparaliżowana staruszka. Ten gest Niemca, jego troska, aby chora kobieta, nie została sama w pustym domu zdumiał wszystkich. Dodał nam na chwilę otuchy i dał nadzieję, że może nie będzie tak źle. Niebawem jednak mieliśmy się przekonać, jak bardzo byliśmy w błędzie. Tymczasem Niemiec kazał postawić fotel na jezdni, zwolnił ojca i brata i wyznaczył do niesienia dwóch innych mężczyzn. Stopniowo, wśród krzyków Niemców, kolumna na powrót została jako tako uformowana i ruszyła do wylotu ulicy na Krakowskie Przedmieście. Dziwne było to, że szliśmy bardzo powoli. Za chwilę miało się to wyjaśnić. Otóż tłum zatrzymywał się gwałtownie po dojściu do lokalnej jezdni biegnącej równolegle do Krakowskiego Przedmieścia nieco poniżej głównego traktu, od kościoła Karmelitów wzdłuż Dziekanki do kościoła św. Anny. Jezdnia ta była bowiem pod niemieckim ostrzałem. Dlatego mimo krzyków Niemców, ludzie bali się przechodzić na drugą stronę i tłoczyli się u wylotu Bednarskiej. To był początek czekającego nas horroru. Już pierwsze osoby, poganiane od tyłu przez Niemców, które próbowały przebiec przez jezdnię zostały ostrzelane ogniem z karabinu maszynowego. Padli pierwsi zabici i ranni, którym nikt nie był w stanie udzielić pomocy. Teraz nastąpił nieopisany chaos. Ludzie przeskakiwali pojedynczo szukając ochrony pod murem oporowym zieleńca, i biegli dalej w stronę Dziekanki i kościoła Karmelitów. Jednak mur nie dawał prawie żadnej osłony przed ogniem. Cały szyk kolumny załamał się. Na zastanawianie się nie było czasu. Napierający tłum i wrzaski Niemców zmuszały do pośpiechu. Ludzie przeskakiwali pojedynczo. Nie pamiętam w jakie kolejności tę przeszkodę pokonała nasza rodzina, ponieważ tłum nas rozdzielił. Każdy zdany był na siebie. Stałem i czekałem na stosowny moment do skoku. Straciłem kontakt z rodzicami i bratem. Popychany przez tłum nie miałem wyboru. Przeskoczyłem pod mur i schylony zacząłem wraz z innymi biec wzdłuż niego w kierunku kościoła Karmelitów. Wtedy usłyszałem terkot karabinu maszynowego i w tym samym momencie ujrzałem jak dwie biegnące przede mną osoby osunęły się na ziemię i znieruchomiały. Minąłem je i pobiegłem dalej pod osłona muru i ogrodzenia skweru wokół pomnika Mickiewicza. Szczęśliwie udało mi się dotrzeć do placyku przed kościołem, gdzie kule już nie sięgały. Po pewnym czasie wśród spanikowanego tłumu odnalazłem rodziców i brata. Znów byliśmy razem, ale jak się za chwilę okazało na krótko. Niemcy na nowo uformowali kolumnę marszową i popędzili nas na druga stronę Krakowskiego Przedmieścia na dziedzinie d. pałacu Potockich, gdzie obecnie mieści się Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tutaj nastąpiła selekcja. Utworzono dwie grupy. W jednej znalazły się kobiety i dzieci - w tym ja z mama, w drugiej mężczyźni, w której znalazł się mój ojciec i brat. Zostaliśmy rozdzieleni. Powtórnie mieliśmy spotkać się dopiero po pięciu miesiącach. Sparaliżowanej staruszki na fotelu nie było wśród nas.
Po uformowaniu kolumny marszowej, złożonej z kobiet i dzieci, popędzono nas ulicą Ossolińskich na plac J. Piłsudskiego (który wówczas nosił nazwę A. Hitlera) i dalej, pod kolumnadą Pałacu Saskiego obok grobu Nieznanego Żołnierza, na teren ogrodu w kierunku placu Żelaznej Bramy. Gdy wyszliśmy spod kolumnady czekała na nas następna „niespodzianka”: zobaczyliśmy zbliżający się powoli od strony hal Mirowskich czołg plujący w naszym kierunku ogniem z karabinu maszynowego. Zapanowała panika. Zaskoczeni ludzie padali na ziemię, aby nie stać się łatwym celem. W pewnym momencie poczułem, że mama przewraca mnie i przykrywa swoim ciałem, aby uchronić od kul. Tak leżeliśmy do czasu aż czołg, strzelając seriami minął nas i dojechał do kolumnady. Wtedy Niemcy dali znak do dalszego biegu. Po przejeździe czołgu na trawnikach pozostało jednak wielu rannych i zabitych. Nie widziałem, aby ktoś udzielał im pomocy. My i tym razem uniknęliśmy śmierci. Ale na jakiekolwiek rozważania nie było czasu - poderwani z ziemi musieliśmy biec dalej. Część ludzi już wtedy porzucała dźwigane torby i walizki, które teraz stały się tylko przeszkodą w nadążaniu za innymi. Tym bardziej, że Niemcy cały czas poganiali do pospiechu. Dochodziło chyba południe. Upał się wzmagał. Dokuczał nam głód i pragnienie.
Wreszcie dotarliśmy na plac Żelaznej Bramy. Rejon ten w poprzednich dniach został opanowany przez Niemców. To co tam zobaczyłem było straszne. Na placu i w sąsiednich ulicach kłębił się w nieładzie tłum przerażonych ludzi spędzanych tu z różnych stron miasta. Byli oni rewidowani przez Niemców – zwłaszcza ci, którzy mieli bagaże. Potem następowała segregacja na grupy. Część mężczyzn odprowadzano w stronę hal Mirowskich, gdzie byli rozstrzeliwani. Powoli my także zbliżaliśmy się do gestapowca dokonującego kontroli i rewizji.
Przede mną szedł mężczyzna niosący sporą walizkę. Otworzył ją na rozkaz gestapowca i wówczas okazało że jest cała wypełniona 500. złotowymi banknotami (nazywanymi wówczas „góralami”). Była to jak na owe czasy suma ogromna. Mężczyzna próbował coś wyjaśniać, ale Niemiec nie słuchał. Wyrwał mu tę walizkę z rąk, wysypał całą zawartość na ziemię, a tego człowieka na miejscu zastrzelił. Mimo przerażenia tym co się stało, z żalem patrzyliśmy na deptane i fruwające banknoty, ale nikomu do głowy nie przyszło, aby się po nie schylić. Rewizje odbywały się wśród płaczu obrabowywanych ludzi błagających o litość, wrzasków Niemców biegającymi z pistoletami gotowymi do strzału oraz huku rozlegających się wokół wystrzałów. Wszędzie walały się trupy, które były zbierane przez wyznaczonych mężczyzn, układane w stosy, oblewane benzyną i podpalane. Wszystko to odbywało się w szalonym pośpiechu wśród krzyków Niemców, smrodu palonych ciał, dymów unoszących się z płonących domów, stosów tobołków, paczek i walizek odebranych ludziom i po spenetrowaniu zawartości porzuconych i walających się pod nogami. Ponieważ ja z mamą nie mieliśmy żadnych bagaży, przepuszczono nas dalej bez większych problemów i popędzono w kierunku formowanej nowej kolumny marszowej. W tedy dotarła do nas wiadomość, że wypędzają nas z Warszawy. Pierwszym punktem docelowym miał być dworzec Zachodni. Kolumna tych, którzy przeżyli ruszyła. Tym razem posuwaliśmy się bardzo powoli. Wszyscy byli potwornie zmęczeni i przerażeni. Na szczęście nie uszliśmy daleko, kiedy ogłoszono postój. Miejscem na ten pierwszy przystanek był kościół p.w. św. Karola Boromeusza i skwer przed nim przy ulicy Chłodnej. Kościół był w środku kompletnie zdewastowany. Tłum wymęczonych ludzi kłębił się w jego wszystkich zakamarkach. Ludzie szukali chwili wytchnienie z dala od widoku tych wszystkich okropności, które przed chwilą przeżyli. Po dwóch trzech godzinach względnego spokoju, kiedy według Niemców zgromadziła się odpowiednia liczba ludzi, znowu zaczęto formować kolumnę marszową. Ruszyliśmy ulicą Chłodną. Do naszej kolumny dołączały grupy z innych kierunków. Zaczął się następny etap tego potwornego marszu. Domy wzdłuż trasy płonęły lub były już wypalonymi szkieletami. Pod nogami potykaliśmy się o sterty gruzu z roztrzaskanych kamienic, i leżące trupy. Szczególnie utkwiły mi w pamięci leżące na drodze naszego marszu zwłoki młodej kobiety, rozdeptane przez naszych poprzedników. Pozostała tylko nienaruszona głowa i nogi. Ominęliśmy to ciało szerokim łukiem.
Szliśmy konwojowani przez Niemców z bronią gotową do strzału. Wzdłuż trasy przemarszu, po obu stronach ulicy Wolskiej rozstawieni byli, jak dzisiaj wiadomo, żołnierze-kryminaliści Dirlewangera - pijani, bardzo zadowoleni, z rękawami mundurów podwiniętymi do łokci, rechoczący na nasz widok. Kiedy dostrzegli błysk biżuterii wyciągali kobiety z kolumny i używając brutalnych metod wyrywali z uszu kolczyki lub wykręcając palce rabowali pierścionki i obrączki. Na szczęście moja mama przezornie zdjęła wcześniej kolczyki i obrączkę, które schowałem w kieszeni spodenek. Szczególną brutalność konwojujących nas żołnierzy można łatwo zrozumieć, kiedy uświadomimy sobie to, czego wówczas nie wiedzieliśmy. Otóż czwartego sierpnia doszło do ataku Niemców na pozycje powstańców wzdłuż ulic Wolska – Chłodna – Ogród Saski – Pałac Brula, i ich ostatecznego wyparcia z tego rejonu siódmego sierpnia, czyli dzień przed naszym marszem. Trasa którą byliśmy pędzeni, obsadzona była przez siły gen. Heinza Reinefartha w skład których wchodziła między innymi brygada szturmowa SS dowodzona przez wspomnianego wcześniej d-cę pułku Oskara Dirlewangera, zwanego katem Woli (60 tys. zamordowanych), składająca się z powyciąganych z więzień niemieckich kryminalistów i przebranych w mundury SS.
Powoli szliśmy dalej ulicą Wolską w kierunku dworca Zachodniego, cały czas nie wiedząc jaki los nas czeka. Koszmar przemarszu przez prawie całą Warszawę zbliżał się powoli do końca. Późnym popołudniem dotarliśmy do dworca. Tu na szczęście było trochę spokojniej. Nadzór nad nami przejął być może Werhmacht, ale nie jestem tego pewny. Przed dworcem i na peronach kłębił się potworny tłum. Byliśmy okropnie zmęczeni i przerażeni. Od rana nie mieliśmy nic w ustach. Po upalnym dniu i piekle, przez które przeszliśmy byliśmy całkowicie wyczerpani – fizycznie i psychicznie. Wydawało mi się, że niektórzy żołnierze patrzyli na nas życzliwym wzrokiem. Kiedy wchodziliśmy na drewniany most nad torami kolejowymi, przy samym wejściu stało kilku żołnierzy pilnujących porządku. W pewnym momencie, kiedy już byłem na pierwszych stopniach, jeden z nich uśmiechając się do mnie wyciągnął rękę usiłując podać mi dwa pomidory i kawałek chleba. Mimo, że byłem potwornie głodny i chciało mi się strasznie pić nie zareagowałem na ten, w gruncie rzeczy ludzki gest żołnierza. Widziałem, że był moją reakcją bardzo zdziwiony i rozczarowany.
Przed zmrokiem załadowano nas do wagonów towarowych i ruszyliśmy w nieznane. Po niedługim czasie pociąg zatrzymał się. Wówczas odryglowano i odsunięto drzwi. Kazano wysiadać. Byliśmy w Pruszkowie na terenie zakładów remontowych taboru kolejowego. W obozie Dulag 121. Zaczął się następny etap nieznanego… Było już ciemno. Trudno było zorientować się w otoczeniu. Na szczęście już bez wrzasków i brutalnego poganiania zaprowadzono nas do olbrzymiej wysokiej hali przemysłowej, która okazała się halą remontową wagonów kolejowych. Z pobytu w obozie nie zachowałem w pamięci żadnych szczególnych wspomnień. Po tym co przeżyliśmy pędzeni przez cały dzień pod kulami przez płonące miasto, to co działo się w obozie nie robiło na mnie większego wrażenia. Najważniejsze było to, że żyjemy. Siedziałem z mamą na brudnym , zimnym betonie w gigantycznej hali z głębokimi kanałami w podłodze. Chciało mi się jeść i pić . Nie wiem jak to się udało, ale po pewnym czasie mama zdobyła gdzieś kawałek chleba i trochę wody. Otaczał nas tłum potwornie zmęczonych, przerażonych ludzi. I niepokój co nas czeka? Co z nami będzie? I tak w tej niepewności, przysypiając na krótkie chwile dotrwaliśmy do rana następnego dnia dziewiątego sierpnia. Poderwano nas do wyjścia z hali dość wcześnie i poprowadzono na perony, gdzie rozpoczęło się załadowywanie do wagonów towarowych. Przed wejściem na perony odbyło się jeszcze coś na podobieństwo selekcji. Część kobiet zatrzymywano. My znaleźliśmy się w grupie do wyjazdu. Około południa drzwi wagonów zaryglowano i transport ruszył w nieznanym dla nas kierunku. Po pewnym czasie warunki w wagonach zrobiły się nie do wytrzymania. Zaczął dokuczać potworny tłok, upał, brak świeżego powietrza i wody. Kiedy około południa pociąg zatrzymał się na stacji Skierniewice, obecne tam pracownice PCK wymusiły na żandarmach uchylenia drzwi przynajmniej tych wagonów w których były dzieci, aby mogły podać napoje i chleb. Na szczęście ja z mamą byliśmy blisko drzwi, i po ich uchyleniu zeskoczyliśmy na peron. W ogólnym zamieszaniu, które tam panowało Niemcy nie zwrócili na nas uwagi. Po chwili zobaczyłem, że mama ma na sobie biały fartuch z opaską czerwonego krzyża, a w ręku trzyma koszyk z chlebem. Tymczasem żandarmi w pośpiechu zaczynali już zamykać i ryglować drzwi wagonów. Po chwili pociąg ruszył. My, chyba jako jedyni z tego transportu, zostaliśmy na peronie - mama jako pracownica PCK i ja jako zagubione dziecko z transportu, którym zaraz zainteresowali się żandarmi. Ale ponieważ pociąg był już daleko, po wysłuchaniu tłumaczeń pracownic PCK, machnęli na mnie ręką i zostawili w spokoju. Jednak to był dopiero początek naszej ucieczki, bowiem należało jeszcze wydostać się z dworca, którego wyjścia z uwagi na szczególną sytuację, były obstawione przez żandarmów kontrolujących wychodzących i wchodzących. Ale los nam dalej sprzyjał. Otóż mama świadomie zdecydowała się na ucieczkę właśnie w Skierniewicach. Na tym dworcu pracował na stanowisku dyspozytora ruchu mąż siostrzenicy mojej mamy, władający świetnie językiem niemieckim Henryk Augustyniak. Zawiadomiony przez kolegów kolejarzy o naszym losie, szybko odnalazł nas na peronie i sobie tylko znanym sposobem, wyprowadził z dworca głównym wyjściem bez najmniejszych problemów i zawiózł dorożką do swojego domu. Tym sposobem pozostaliśmy w Generalnym Gubernatorstwie. Byliśmy uratowani.
JANUSZ MATYJASZKIEWICZ, Warszawa, sierpień 2013 r.


Anna Świrszczyńska "Swir", BUDOWAŁAM BARYKADE, Wydawnictwo Literackie Kraków 1984

Nalot
Mówią na głos litanię za konających,
urywają
w pół słowa.

Bombowiec pikuje nad dachem.
Przeleciał.
Huk. Śmierć zabiła inny dom, innych ludzi.
Oddychają, wraca im mowa.
-To trafiło dalej, proszę pana.
-Na szczęście, proszę pani.

Pali się
Palą się domy po lewej
palą się domy po prawej.
Cała ulica
w ogniu.

Przez krzyczące płomienie
biegną krzycząc ludzie.
Przebiegli.
Jeden pozostał.

Umiera piękno
Płonie muzeum. Jak słoma
pali się piękno
czczone przez pokolenia.
Bezcenne
jak ciało człowieka.

Człowiekowi, który żył na świecie
tylko po to, żeby strzec muzeum,
udało się przybiec na czas.

Jeśli przeżyje, zaświadczy
dla przyszłych pokoleń,
jak pięknie umierało w płomieniach
piękno.
Pamięci Jana Świerczyńskiego.

Studnia
Biegniemy pod ostrzałem
do doły ziemi
zwanego studnią.
Trafiło tego,
co biegł przede mną.
Trafiło tego,
co biegł przede mną.

Ciągniemy ich za nogi
i nowi biegną. Chyłkiem.

Papierośnica z brylantami
Przybiegła do doktora
krzyczy
że męża trafiło w brzuch.

Przynosi mu pieniądze
przynosi futro
przynosi papierośnicę z brylantami.

Doktor nie poszedł do tego
którego trafiło w brzuch.
Bał się przebiec przez ulicę.

Myśleli, że umarłam
Myśleli, że to ja upadłam
na rogu ulicy pod kulami.
Płakali.

Pobiegłam do tej, co upadła,
chciałam ją zabrać,
ale już odeszła.

Zostało ciało
trochę podobne do mojego,
które już się nie bało kul.

Dzień jak co dzień
U szewca gotują w kotle
kaszę dla całej kamienicy.

Gdy nalot, gasi się ogień,
znów nalot, znów trzeba gasić.

Łykają surową kaszę, cieszą się, że żyją.

Dwie garbuski
-Ja nie mogę umrzeć, proszę pani,
bo co zrobi beze mnie moja siostra.
Ona ma garb, leży pod oknem.

-Ja nie mogę umrzeć, proszę pani,
bo co zrobi beze mnie moja siostra.
Ona ma garb, leży koło drzwi.

Każda umarła
od rany swojej siostry
śmiercią swojej siostry garbuski.

Sąsiadka powiedziała do sąsiada
Sąsiadka powiedziała do sąsiada:
-Odkąd męża zabiło, nie sypiam,
jak strzelają, ja koc na głowę,
całą noc się trzęsę pod tym kocem.
Ja zwariuję, jak będę dzisiaj sama,
mam po mężu papierosy, proszę pana,
pan zajdzie wieczór.

Cieszmy się
Czytaliście dziś gazetkę – mówi ślusarz,
cały świat idzie nam na pomoc,
za tydzień będzie koniec, moja stara
ma imieniny, zapraszam
całą kamienicę na zabawę
-mówi ślusarz.

Żyje godzinę dłużej
Dziecko ma dwa miesiące.
Doktor mówi:
umrze bez mleka.

Matka idzie cały dzień piwnicami
na drugi koniec miasta.
Na Czerniakowie
piekarz ma krowę.
Czołga się na brzuchu
wśród gruzów, błota, trupów.

Przynosi trzy łyżki mleka,
Dziecko żyje
godzinę dłużej.
Pamięci Stanisławy Świerczyńskiej

Szpital
Pożar cierpienia
buchał oknami,
konali rzędami na podłodze,
stawiałam nogi
między krzyczące usta i oczy.

Każde ciało było twierdzą
zamkniętą na usta i oczy,
w której śmierć i życie
toczyły pojedynek na śmierć i życie.

Wszędzie poniewierały się
klejnoty męstwa i nadziei,
szpital był skarbcem
skarbów bez ceny.

Rozmawiam z trupami
Spałam z trupami pod jednym kocem,
przepraszałam trupy,
że jeszcze żyję.

To był nietakt. Przebaczyły mi.
To była nieostrożność. Dziwiły się.
Życie
było wtedy tak bardzo przecież niebezpieczne.

Nosiłam baseny
Byłam posługaczką w szpitalu
bez lekarstwa i wody.
Nosiłam baseny
z ropą, krwią i kałem.

Kochałam ropę, krew i kał,
były żywe jak życie.
Życia było dookoła
coraz mniej.

Kiedy ginął świat,
byłam tylko dwojgiem rąk, co podają
rannemu basen.

Włosy jak wodospad
To była ciężka noc w szpitalu,
smród ropy, jęki rannych,
schyliłam się w ciemności przy jej ustach,
szeptała, jak ją kochał
i jak odszedł,
młoda kobieta z włosami jak wodospad.
Wczoraj amputowali jej nogę.

Szeptała o swoim szczęściu i o rozpaczy,
trzymała moją rękę,
o świcie
odchodząc powiedziałam:
do wieczora.

Ale właśnie owego wieczora
przyszło to okamgnienie
w którym szpital przestał istnieć.
I nie zobaczyłam już nigdy
tej kobiety bez nogi, z włosami
jak wodospad.

Gniła za życia
Szpitalny lekarz
kazał zasłonić jej twarz gazą
i stała się odległa
jak trumienne portrety egipskich piękności.
Szedł od niej smród, gniła
za życia.

Pięć tygodni ropa, dreny.
Narzeczony
przestał już przychodzić.

Trafiło ją pierwszego dnia.
Nim zdążyła
wykonać pierwszy rozkaz.
Pamięci żołnierza Krystyny.

Krzyk spod ziemi
Kiedy się skończył nalot
ludzie przybiegli wołali
tu są pogrzebani żywcem
słychać jak krzyczą
na tę piwnicę
zawaliły się trzy piętra.
Ludzie kopali rękami
chcieli odkopać trzy piętra
szpadlami rękami
o pięciu palcach.
Kopali dzień i noc.
Rano był drugi nalot
zabiło tych, co kopali
już nikt nie słyszał
krzyku spod ziemi.

Pani mecenasowa
Pięć tygodni leży w piwnicy
zakutana z głową w dwie pierzyny
na kupie węgla.
Boi się wyjść na podwórko
trzęsie się modli się tam bomby.
Przyciska pod koszulą
ciepłą od wszy
złoty zegarek.
Kiedy się wszystko skończyło
ktoś zajrzał do piwnicy.
Już się nie trzęsła
nie było pierzyn
ani złotego zegarka.
Opuściły ją nawet wszy.

Ostatnia kropla powietrza
Zakochani umierali
w zasypanej piwnicy.
Gdy powietrze już się skończyło
a śmierć
zapomniała przyjść
kto komu oddał
ostatnią kroplę powietrza.

Czternastoletnia sanitariuszka myśli zasypiając
Żeby wszystkie kule na świecie
trafiły we mnie,
toby już nie mogły trafić w nikogo.
I żebym umarła tyle razy,
ile jest ludzi na świecie,
żeby oni nie musieli już umierać,
nawet Niemcy.
I żeby ludzie wcale nie wiedzieli,
że ja umarłam za nich,
żeby nie było im smutno.

Wspaniały obraz
Umierał w błocie wspaniały obraz
dziurawiły go kule,
deptały buty ludzi,
co biegli pod kulami,
dwa buty przystanęły,
chwyciły go dwie ręce,
niosły po kulami,
aż upuściły w błoto,
na obraz pociekła krew,
upadło ciało,
wspaniały obraz umarł
dopiero później.

Piekło
Krzyczą kamienice rozdzierane
jak papier
od dachu do piwnic,
krzyczą kobiety
gnane na kule przed czołgami,
krzyczą mężczyźni
wleczeni pod lufy karabinów,
krzyczą dzieci
rzucane żywcem w ogień.

Czekam na rozstrzelanie
Mój strach potężnieje
z każdą sekundą
jestem potężna
jak sekunda strachu
jestem wszechświatem strachu
jestem
wszechświatem.
Teraz kiedy
stoję pod ścianą
i nie wiem czy zamknąć oczy
czy nie zamykać.
Teraz kiedy
stoję pod ścianą czekając na
rozstrzelanie.

W schronie czekając na bombę
Trzęsą się, kulą się,
zamykają oczy,
zasłaniają uszy,
modlą się, milczą,
swój tuli się do swego,
obcy tuli się do obcego,
żona tuli się do złego męża,
zła córka objęła matkę,
pijak mówi : Przebacz mi Boże.
Wszystkich otwiera trwoga,
łączy trwoga,
oczyszcza trwoga.
Wniebowstępują zbiorowo
do nieba trwogi.

Człowiek i stonoga
Ja przeżyję.
Znajdę taką najgłębszą piwnicę,
zamknę się, nie wpuszczę nikogo,
wygrzebię w ziemi jamę,
zębami wygryzę cegły,
schowam się w murze, wejdę w mur,
jak stonoga.
Wszyscy umrą, a ja
przeżyję.

Żuje surowe żyto
Nigdy nie wygląda oknem,
nigdy nie schodzi do schronu,
żuje surowe żyto,
od świtu do świtu pisze
książkę.
Gdy kto czasem zapuka,
chowa książkę do pieca.
Piec może się spalić razem z domem,
domy dookoła się palą,
przeklina powstanie.
W nocy zszedł do piwnicy,
skradał się jak złodziej,
zakopał w ziemi książkę,
nałożył na wierzch górę węgla.
Wracał szczęśliwy,
uratował swoje życie.
Teraz
mogą go już rozstrzelać.

Szlochające ramiona
Kiedy przyszedł się pożegnać,
był już obcy.
Otoczyła go
szlochającymi ramionami.
Nie płakał. Trupy nie płaczą.
Nie pocieszał jej.
Był już okrutny
jak śmierć, która na niego czekała
na śmiertelnym posterunku, dokąd
musiał iść.

Jej śmierć ma szesnaście lat
Konając we krwi na bruku
skąd ma wiedzieć, że kona.
Jest tak szczelnie wypełniona młodością,
że nawet jej konanie jest młode.
Nie umie umierać. Umiera przecież
pierwszy raz.

Spowiedź na bruku
-To za moje grzechy - wyła kobieta.
To boska kara – wyła kobieta.
Sprzedawałam bochenek chleba za pierścionek,
mleko dla dziecka za złoty zegarek,
błagali o zastrzyki, nie sprzedałam zastrzyków,
o jodynę, nie dałam.
To za moje straszne grzechy, Boże,
tak strasznie karzesz mnie, Boże
sprawiedliwy.
Kobieta wyła klęcząc na bruku,
padając na bruk,
bijąc głową o bruk,
przy zwłokach dziecka.

Marzenie harcerki
Kiedy mnie rozstrzelają
nie wszystko jeszcze się skończy.
Podejdzie
żołnierz, co mnie rozstrzelał,
i powie : taka młoda
jak moja córka.
I spuści głowę.

Powiedział : nie płacz
Wszedł z karabinem
żeby wypędzić ją z domu.
Dom na spalenie
ona do obozu.
Czekał aż zapnie
rzemień plecaka
patrzał jak płacze
powiedział : nie płacz
młodziutki żołnierz niemiecki.

Rzuciła klucz do ruiny
Do worka na plecach
wsadziła ostatnie suchary,
ostatni raz zamknęła drzwi na klucz.
Dźwignęła
na ramię dziecko, drugie
wzięła za rękę.
Ostatni raz
schodził po tych schodach.
Rzuciła klucz
w ruiny.

Moje wszy
Biegnę ulicami trupów,
przeskakuję trupy,
na piersiach pod bluzką
poruszają się
ciepłe wszy
Tylko one i ja jesteśmy żywe,
to nas łączy.
Dają mi swoje poruszanie się
w mieście trupów,
gdzie nic się już nie rusza.
Słabe jak ja,
chcą żyć jak ja.
Ale kiedy wybiegnę z miasta trupów,
kiedy żywy człowiek
otworzy mi drzwi żywego domu,
cisnę w ogień bluzkę razem z wszami,
które jak ja
chciały żyć.

Sam idę
Sam idę z miasta
gdzie zginęły dzieci i wnuki,
gdzie się dzieci i wnuki urodziły.
Niech moje oczy jeszcze zobaczą
ciche niebo bez bomb
nad głową.
I dom nie zabity przez pociski,
w którym śmieją się żywe dzieci.
W tym domu umrę.

Udało mu się
Stary człowiek
opuszcza dom, niesie książki.
Niemiecki żołnierz wyrywa książki,
rzuca w błoto.
Stary człowiek podnosi,
żołnierz bije go w twarz.
Stary człowiek pada,
żołnierz kopie go i odchodzi.
Stary człowiek
leży w błocie i krwi.
Czuje pod sobą książki.
 
Prof.
Władysławowi Tatarkiewiczowi

Jak krew z tętnic
Idą
ulicami drogami
wiozą rannych
prowadzą starców
niosą tobołki i dzieci.
Idą
czasem ktoś spojrzy za siebie
za nimi palą się chmury.
 
Idą
wyciekają jak krew z tętnic miasta.

Zostały szczury
W tym mieście
nie ma już ludzi. Czasem kot
któremu ogień wypalił ślepia
wyczołga się z bramy
żeby zdechnąć.
Albo szczur
przepełznie na drugą stroną ulicy.
Albo wiatr ruszy
kartką książki na bruku
i zastuka oknem
w którym błyśnie ułamek szyby.

Niech liczą trupy
Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.
Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto
którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy.

Szumi ogień
Od domu do domu
chodzą niemieccy żołnierze,
podpalają domy
które przetrwały.
W mieście bezludnym
jak po końcu świata
szumi
ogień.
Wybucha wybuchami światłości,
daje trupom świetliste pogrzeby,
w dzień zasłania słońce,
w nocy oświetla chmury.
Unicestwiając na zawsze
daje na chwilę
wspaniałość konania.

Ziemia i niebo
Tyle tu było krzyku
krzyczały samoloty i ogień i rozpacz
krzyczało do chmur
uniesienie.
 
Teraz milczy
ziemia i niebo.

SYTUACJA W SYRII

PRZEDSTAWIAMY FRAGMETY ARTYKUŁU BEZ WIEDZY I ZGODY AUTORA.
PO JEGO PRZECZYTANIU ROK TEMU, RÓWNIEŻ STWIERDZILIŚMY : TRZEBA COŚ ZROBIĆ!
PO ROKU JEST NADAL AKTUALNY. ZMIENIŁY SIĘ TYLKO DANE DOTYCZĄCE OFIAR KONFLIKTU W SYRII. SĄ DUŻO WYŻSZE!

Timothy Garton Ash
TRZEBA COŚ ZROBIĆ!
TO ZRÓB TO NATYCHMIAST. NIM WYJEDZIESZ NA WAKACJE.
Około 18 mln brytyjskich dzieci, kobiet i mężczyzn uciekło z domów na skutek wojny domowej, która rozdziera Wielką Brytanię od ponad dwóch lat. Ok. 280 tys. ludzi zginęło, o wiele więcej zostało rannych.
Taka proporcjonalnie jest skala syryjskiej tragedii. Ok. 6 tys. uchodźców ucieka z Syrii każdego dnia. Stanowią już 10 proc. populacji Jordanii. To tak, jakby cała Bułgaria przeprowadziła się nagle do Wielkiej Brytanii. (...)
Polityczny efekt domina jest potencjalnie o wiele większy niż efekt tsunami, suszy czy trzęsienia ziemi. Wojna domowa w Syrii rozjątrzyła starą sunnicko-szyicką ranę, która krwawi dzisiaj w całym regionie. Iran, Hezbollah i iraccy szyici wspierają siły prezydenta Baszara al-Asada przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym sunnickim wrogom. Przez odgórnie narzucone, postkolonialne granice regionu krew przepływa dzisiaj swobodniej niż woda. Poza islamskimi państwami opiekunami, jak Arabia Saudyjska czy Turcja po stronie sunnitów, jest jeszcze Rosja wspierająca siły Asada przeciwko rebeliantom. A tych z kolei popierają USA. Prawie jakbyśmy znowu trafili w czasy zimnej wojny. (...)

"Trzeba coś zrobić!" - krzyczymy, pakując walizki przed wyjazdem na wakacje. Ale co? Zorganizujmy zdecydowaną interwencję zbrojną, która zmiecie Asada, a będziemy mieli drugi Irak. Nie interweniujemy - będziemy mieć kolejną Bośnię. Trzeba przyznać, że mamy fatalne doświadczenia z zachodnią interwencją zbrojną w tym regionie. A jednak uczciwej krytyki nie wytrzymuje założenie, że brak interwencji zawsze jest najbardziej moralnym wyjściem. Syria wymaga, żebyśmy od nowa przemyśleli relacje między polityką a działalnością humanitarną. Rozstawienie namiotów dla zdesperowanych ludzi jest dużo lepsze - w oczywisty, niedwuznaczny sposób - niż opowiadanie półprawd tylko po to, żeby zdobyć więcej głosów. Jednak z drugiej strony to mogą być o wiele mniej efektywne rzeczy niż to, co ma szanse zdziałać polityka.
Bo natura pomocy humanitarnej w przypadku katastrofy wywołanej przez człowieka jest taka, że leczy objawy, a nie przyczyny. Gdyby politycy mieli efektywnie poradzić sobie z politycznymi przyczynami syryjskiej tragedii, byłoby to o wiele więcej warte niż wszystko, co mogą zrobić wszystkie organizacje humanitarne świata. Gdyby USA, Europa i Rosja zebrały się razem i postanowiły: "Wyciszymy ten konflikt, wstrzymując wszystkie dostawy broni, na jakie mamy wpływ, a później zwołajmy negocjacje, w których wezmą udział wszystkie liczące się strony w kraju i poza nim - w tym Iran pod rządami nowego prezydenta", wtedy może udałoby im się to osiągnąć. Jednak coś takiego się nie stanie.
Nie chodzi o szukanie wymówki, żeby rezygnować z polityki. Jednak biorąc pod uwagę, że ta polityka chwilowo i tak jest zablokowana, pomoc humanitarna staje się coraz ważniejsza. Dopóki nie znajdą się chirurdzy, którzy opanują przyczynę, a nie tylko skutki choroby, nadal musimy zmieniać bandaże, zmniejszać ból i karmić pacjenta.
Rządy realizują tylko jedną trzecią zgłaszanych przez ONZ potrzeb finansowania pomocy humanitarnej dla Syrii. To oznacza wzmożony wysiłek organizacji pozarządowych. Ale brytyjski Komitet ds. Nagłych Katastrof, czyli koalicja doświadczonych organizacji charytatywnych, po czterech miesiącach z sześciomiesięcznej kampanii zebrał zaledwie 17 mln funtów. Dla kontrastu - w sześciomiesięcznej kampanii na rzecz ofiar azjatyckiego tsunami udało się zgromadzić 392 mln funtów, a dla ofiar trzęsienia ziemi na Haiti - 107 mln.
Wydaje się, że szokujące katastrofy naturalne - w których gołym okiem widać, że ludzie są niewinnymi ofiarami tego, co firmy ubezpieczeniowe lubią nazywać "aktami Boga" - sprawiają, że jesteśmy hojniejsi niż w przypadku konfliktów politycznych. Kampania Komitetu ds. Nagłych Katastrof z 2009 r. na rzecz mieszkańców Gazy zebrała ledwie 8 mln funtów, a rok wcześniej - na rzecz ofiar kryzysu w Kongo - 10,5 mln. Dlaczego cierpienia niewinnych spowodowane "aktami Boga" mają być uznawane za gorsze niż cierpienia niewinnych na skutek tego, że ich współobywatele skaczą sobie - w imię tego samego Boga - do gardeł?
Jestem już zmęczony powtarzaniem rządom, że muszą coś zrobić, skoro dobrze wiem, że dziewięć razy na dziesięć tego nie zrobią. Zanim pojedziemy na wakacje, wszyscy powinniśmy wpłacić datek na pomoc humanitarną dla Syryjczyków. I to właśnie zrobię, kiedy nacisnę pod tym tekstem przycisk "Wyślij".
przekł. Marta Urzędowska Gazeta Wyborcza nr 174, z dnia 27/07/2013

HISTORYCZNY ZARYS SYRYJSKIEGO KONFLIKTU
Syria - państwo nad basenem Morza Śródziemnego. Żyją tam obok siebie Arabowie, Kurdowie, Asyryjczycy i Ormianie. Wyznający islam szyici i sunnici oraz chrześcijanie, w tym przedstawiciele Kościołów wschodu. Mówiący różnymi językami w tym niespotykanym nigdzie indziej aramejskim. W starożytności znajdowała się w zasięgu kultury Mezopotamii, egipskiej i greckiej. Później jedna z prowincji cesarstwa rzymskiego. W VII w. podbita przez Arabów. Od XI do XIII wieku wchodząca w skład państw krzyżowców, a następnie pod panowaniem imperium osmańskiego. W nowożytności jedna z koloni francuskich.W 1946 roku Syria uzyskała niepodległość.
Niestabilność polityczna i wiodąca rola wojskowych osłabiła wewnętrznie kraj . Kraj w którym od 1968r. jest stan wojenny. W roku 1970 przewrotu dokonał Hasif al-Asad. Utrzymywał swoją dyktaturę dzięki wojsku i tajnej policji. Po jego śmierci władzę objął jego syn Baszszir. Wykształcony na Zachodzie dawał nadzieje na demokratyzację kraju. Jednak krwawo tłumił pokojowe demonstracje arabskiej wiosny, które rozpoczęły się 15 marca 2011 r. Przeciwko wojsku zbrojnie stawili opór demonstranci i utworzona przez protestujących Wolna Armia Syrii, zasilana przez dezerterów z armii Asada. Następowała eskalacja i brutalizacja konfliktu. Największe starcia miały miejsce w Damaszku, Allepo i Homs. Te historyczne miasta bardzo ucierpiały w skutek działań zbrojnych, jak i liczne zabytki w rejonie. W konflikt wkroczyli islamscy ekstremiści rosnący w siłę podczas wojny domowej. Ucierpiało wielu cywilów w tym kobiet i dzieci. Obecnie ponad dziewięć z 21 mln Syryjczyków jest pozbawionych dachu nad głową. Jest to największa współczesna klęska humanitarna.
Brak nadziei na szybkie rozwiązanie konfliktu i interwencje ze strony państw demokratycznych. Mimo licznych negocjacji i pertraktacji nie udało się zatrzymać postępującej wojny domowej w Syrii . Sprzeciw Chin i Rosji w ONZ uniemożliwia międzynarodową interwencje.

GALERIA

Syria, prowincja Idlib i Hama, 2013. Fot. Maciej Moskwa / TESTIGO Documentary



ŻYWY POMNIK Warszawa 1944 / Damaszek 2014